Superaprilis (Gabriel promo)

20 sierpnia 2013 at 20:18 (Bez kategorii)

Supernatural- prima aprilis (fanfic)

 

-Oddychaj Sammy, oddychaj- zawołał gorączkowo Dean, spoglądając na mokre ciało swojego brata. Woda była piekielnie zimna, zwłaszcza pod wodospadem- cholerne anioły- pomyślał.

 

Kąpiel w rzece w środku nocy- jak dotychczas był to najgłupszy pomysł na jaki Gabriel mógł wpadł. Znów zerknął na swojego brata i zaczął nim potrząsać. Znalazł go nieprzytomnego i dotargał do brzegu.

 

-No, dawaj Sam- wyrzucił nerwowo.

 

Młodszy chłopak zadrżał. Zaczął kaszleć i wypluwać wodę. Wziął głęboki, rzężący oddech.

 

Dean spojrzał na swojego brata z ulgą wypisaną na twarzy.

 

-Hej, w porządku?

 

-Tak- odparł Sam pospiesznie- co się do cholery stało?! –

 

Rozejrzał się wokół i przeczesał dłonią swoje ciemne, posklejane włosy opadające na twarz- gdzie my jesteśmy?

 

– Gabriel pozdrawia – odparł ze złością- to koniec Sammy, zamierzam zabić tego cholernego, anielskiego skurczybyka.

 

Sam spojrzał w niebo. Gwiazdy iskrzyły jasno na tle nocnego nieba. Powietrze było mroźne jak na tą porę roku, a oni zaczynali trząść się z zimna jedynie w swoich t’ shirtach i bokserkach, na dodatek cali mokrzy. Zaczął pocierać swoje zziębnięte ramiona. Był pewien, że przypłacą tą przeziębieniem.

 

-Która godzina?- spytał znienacka.

 

-Nie wiem braciszku- odparł Dean- zdaje się że coś koło wpół do trzeciej, ale nie jestem pewien- spojrzał na swój niedziałający zegarek, który wciąż miał na nadgarstku- ale jednego jestem pewien, teraz wiem, że elektroniczne cacka nie lubią wody.

 

-Czekaj-zaoponował Sam- ja znam to miejsce, byłem tu już kiedyś…z Jess. Jesteśmy w parku Yellowstone.

 

-Jesteś pewien, skąd wiesz?

 

-Po prostu wiem, wierz mi.

 

-Jasna cholera- zaklął Dean- więc co? Teraz mamy uważać na Yoggiego?

 

-Musimy się wydostać- szepnął Sam- nasze auto jest pod motelem, w Minnesocie… nasza broń i rzeczy, i oczywiście nasze karty i twoja ostatnia wygrana w pokera… nie złapiemy nawet busa…

 

-Szlag.

 

-Może powinnyśmy poprosić o pomoc strażnika?- zaproponował .

 

-Sammy, proszę, nie jesteśmy głupimi dzieciakami które zgubiły drogę w lesie.

 

-Nie jesteśmy w stanie zrobić nic więcej Dean- odparł Sam- chyba, że wolisz zostać tu całą noc…

 

-Masz rację- odparł Dean zrezygnowany- to takie głupie, strażnik weźmie nas za jakichś cholernych idiotów.

 

-Wiem-westchnął- ale jak na razie nie mam lepszych pomysłów…

 

-Tak samo- odparł Dean.

 

-Może Castiel mógłby…

 

-Zapomnij-sarknął- już próbowałem, w tych chaszczach anielskie radio traci zasięg.

 

Podnieśli się z ziemi i ruszyli przez las.

 

-Nie wiemy nawet gdzie jest strażnik- warknął Dean.

 

Sam nie odpowiedział. Byli morzy i bez butów. Zaczął kichać. Po krótkim czasie, Dean również pociągał nosem.

 

-Gabriel robił już wiele głupich, nieodpowiedzialnych, złych i irytujących rzeczy, ale tym razem…- nie dokończył. Nie musiał. Sam doskonale wiedział co jego starszy brat ma na myśli. Gabriel był archaniołem, który uwielbiał się popisywać i uważał, że jest fantastyczny. Młodzi łowcy nienawidzili go z całego serca. Już wystarczająco uprzykrzył im życie. Nagle, między drzewami dostrzegli światło. Dean zerknął na brata. W świetle które ewidentnie się do nich zbliżało mogli dojrzeć sylwetkę jakiejś postaci.

 

-Miejmy nadzieję, że to strażnik we własnej osobie- szepnął Dean z nadzieją w głosie.

 

Wysoki mężczyzna w stetsonie wyszedł im na przeciw. Jasne światło biło po oczach.

 

-Ręce do góry, natychmiast!- zawołał, obierając ich za cel na muszce.

 

-Hej, spokojnie, my…możemy to wyjaśnić…

 

-Jasne, że możecie chłopaki.

 

Mężczyzna opuścił latarkę nieco niżej ukazując im swą twarz.

 

-Szlag by cię, to ty, sukinsynu!

 

Dean zwinął dłoń w pięść i ruszyła na niego. Gabriel rozpłynął się aby nagle pojawić się tuż za nim. Dean zamachnął się ponownie.

 

-A,a,a, ładnie tak przeklinać? Jak cię matka wychowała?

 

-Zamknij się do cholery!- odburknął Dean- jeszcze jedno parszywe słowo o mojej matce jakie poleci z twoich cholernych ust, to przysięgam na Boga…

 

-Ach, Dean, mój biedny chłopcze, wydaje ci się, że narobię w gacie ze strachu przed moim tatusiem?

 

Mimo silnej walki z samym sobą, Dean kichnął a Sam natychmiast do niego dołączył.

 

-Och, wybaczcie! Wasz kumpel Cass skopie mi tyłek…- pstryknął palcami.

 

W tym samym momencie znaleźli się w Minnesocie, z kubkami gorącej czekolady w dłoniach. Sam powąchał zawartość swojego i przechylił, kiedy Dean go powstrzymał.

 

-Ja bym tego nie pił na twoim miejscu… to Gabe, nie pamiętasz?

 

-Wolę swoje imię w tradycyjnej formie- usłyszeli za plecami.

 

-Sukinsyn, jeśli myślisz, że ci ufam, to jesteś głupszy niż sądziłem- odparł Dean ze złością.

 

-Dean, Dean, mój drogi…ja tylko próbuje być miły, ale twój wybór…zły wybór. Mogę się poczęstować?

 

Wyrwał Deanowi kubek z ręki i wziął duży łyk.

 

-Och, pyszności, czyż nie? Sam, a ty?

 

Sam odstawił kubek, i spojrzał na niego nieufnie.

 

-Ach, wy dwaj łamiecie mi serce…taka dobra, belgijska czekolada, mogę zapewnić, że to najlepsza jakość…

 

-Co ty tu do jasnej cholery robisz? Co ty do cholery w ogóle robisz?

 

-Spójrzcie w kalendarz półgłówki, dziś jest moje święto! Pierwszy kwietnia!

 

-Szlag!- rzucił Sam.

 

-Co jest?

 

– Prima Aprilis, Dean…święto kretyńskich dowcipów! Dzień robienia z ludzi idiotów…

 

-Pięknie, po prostu pięknie- zaklinał Dean pod nosem.

 

-Myślę, że powinieneś częściej się kąpać- Anioł zerknął na Deana- taka mała sugestia dla ciebie…ale zrobisz jak uważasz, no wiesz, słyszałem że igły i gnijące liście to teraz hit sezonu.

 

Umknął przed pięścią Deana, która przeszyła jedynie powietrze. Chłopak zacisnął zęby w akcie wściekłości.

 

-Zabije go, zabije!- krzyknął.

 

Sam siedział milcząc.

 

-Wiesz…- zaczął- mamy tylko jeden prysznic, więc…

 

-Dobra, rozumiem…będę się streszczał.

 

Brat potaknął mu głową.

 

Czarna Impala z ’67 mknęła po drodze z prędkością wyścigowego ślimaka.

 

-Jasny gwint, ten korek nie ma końca! Jak niby mamy jeszcze dziś dojechać do Bobbiego?

 

-Albo to dziwny zbieg okoliczności- odparł Sam- albo ktoś specjalnie stawia na naszej drodze same czerwone światła…

 

Zadarł głowę do góry, wpatrując się w czerwony wyświetlacz.

 

-Chyba nie myślisz o tym samym co ja?

 

Sam wzruszył ramionami.

 

Policjant w stanowym mundurze podszedł do nich i zapukał w szybę od strony kierowcy.

 

Dean zerknął na Sama porozumiewawczo, po czym korbą zaczął odryglowywać okno samochodu.

 

-Tak, panie władzo? My…- umilkł, lustrując twarz funkcjonariusza.

 

-Panowie wybaczą…roboty drogowe…polecam objazd do Macon, a potem…

 

-Ty!- twarz Deana posiniała- Jak matkę kocham, dobiorę ci się do skóry!

 

Sam wpatrywał się w niego zrezygnowany.

 

-Życzę miłego dnia chłopcy- uśmiechnął się- mam nadzieję, że macie parasol, podobno pogoda ma się popsuć pod wieczór- po tych słowach odszedł jak zwykły policjant na służbie. Dean sięgnął do kabury po swojego inkrustowanego srebrem Taurusa. Sam położył mu dłoń na ramieniu.

 

-Dean, cywile.

 

Chłopak zrezygnowany opuścił ramiona. Zacisnął dłoń i wściekle uderzył w deskę rozdzielczą. Staromodne radio na kasety nadające właśnie CREDENCE CLEARWATER REVIAL zaczęło dziwnie buczeć po czym przestało.

 

-Masz racje mała, masz racje, przepraszam- pogłaskał czule miejsce, na którym wcześniej wyładował swój gniew- zachowuje się jak palant, to nie twoja wina.

 

Sam odchrząknął znacząco.

 

-Dean, czas jechać.

 

Jego brat westchnął przeciągle.

 

-Błagam, niech ten dzień się już skończy.

 

Do Macon dojechali, rozchlapując kołami błoto. Wycieraczki pracowały non-stop, torując sobie drogę w strugach deszczu. Wjeżdżając na złomowisko, czarny chevrolet zafurkotał i klapnął w kałuży.

 

-a gdzież to się księżniczki podziewały, hę?- sarknął Bobby, wychodząc im na przeciw- Lamia grasująca po Illinois pewnie myśli już o kolacji, a ja od rana do was wydzwaniam…bałwany! Jest po drugiej! Nie macie zegarka?!

 

Dean z irytacją potrząsnął martwą obudową wciąż uczepioną u jego nadgarstka…

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: